Przygody diabliq'a, czyli ze szwabami potyczki

Blog bedzie brzydki, oblesny, wulgarny, generalnie mozna powiedziec niepoprawny politycznie - wiec jezeli jestes delikatna osoba - daruj sobie. Pomyslne wiatry po wielu perturbacjach przywialy mnie do Niemiec i zamierzam zakotwiczyc tu na jakis czas. Bede tu opisywal moje spostrzezenia na temat Szwablandii, ludzi, absurdow itd. Blog zawierac bedzie moje refleksje i przemyslenia ( nie zawsze trzezwe ) na temat pobytu w tym kraju.

Tuesday, February 06, 2007

Wczoraj bylem na Japanish Party.

Generalnie to wiekszosc kawasaki siedzialo u mnie juz od soboty w kuchni i robilo te swoje sushi, oraz ryz z ryzem zapiekanym w ryzu. Potrawy te byly im potrzebne na poniedzialek wlasnie. Wiec przez caly weekend jebalo z kuchni, badz niesamowicie pachnialo. Czasami to seryjnie myslalem ze cos im zdechlo w tej kuchni i sie teraz intensywnie rozklada. Do tego zasrane byly wszystkie garnki, taleze, sztucce. Nie bylo jak nawet sobie kanapki trobic, bo nie bylo gdzie sie rozlozyc. Jak kawasaki gotuja, gowno gotuja tam......nawet jak ogorka chca sobie pokroic to potrzebuja do tego 16 nozy , 1000 talezy, 567 garnkow, 16 misek, 365 patelni i jeszcze od chuja patelni i lyzek, do tego z hektar pola ryzowego, i z pol hektara lasu na paleczki. Poprostu na jednym talezu kroja te ogorki, na drugim trzymaja obierki, na trzeci przezucaja pokrojone ogorki, a na czwartym je ukladaja. Nie daj Borze jak sie zbiora w wiekszym gronie i robia kolacje dla 4 osob....to jest juz masakra. Kuchnia, wyglada jak Hiroszima w Dzien Sloneczny 9 sierpnia 1945.

I do poniedzalku to trwalo. Wiec w poniedzaielk mysle se, ze skoro cierpialem przez caly weekend to se pojde chociaz pojem na ten ich hepening. Zachodze, a tam od razu zaatakowaly mnie jakies widma w kimonach, wcisnely mi ulotke, dali kartke papieru i kazali origami se zobic. Wiec razem z przesliczna instruktorka zrobilem sobie puzderko. Mowila mi, ze z tej kartki papieru dzieki cudownej japonskiej sztuce origami to mozna wszystko zrobic. Kurwa, musze ja dorwac, zeby sie zapytac jak se zrobic telewizor i kabel od neta, bo sa mi strasznie potrzebne.

Potem jadlem se sushi, i taki ryz z jakimis warzywami jakich wczesniej na oczy nie widzialem. Musze powiedziec, ze naprawde mi posmakowalo. Pilem japonska herbate i oczywiscie niemieckie browce ( bo za darmo tez dawali ). Potem byl filmik o zyciu studentow Japonii. Generalnie studenci w Japonii, chodza na zakupy ( na ciuchy wydaja okolo 150 euro miesiecznie ), robia se zdjecia caly czas, spiewaja karaoke i bawia sie kamerami cyfrowymi. Takie to maja klawe zycie.

Potem mogly mi napisac moje imie po Japonsku, ale chyba sie nie dogadalismy. Ona mnie sie pyta:
Kawasaki: Wie heisst du?
Diabliq: Czarek
K: Tarek?
D: Nein, Cza...rek!!
K: Ta....rek!!
Wiec nie wiem co mi w koncu kurwa napisala na tej karteczce.

Potem byly jeszcze jedna prezentacja, potem spiewali Nam piosenki. I bylo seryjnie bardzo fajnie. Super sie przygotowali musze powiedziec. I wogole takie sympatyczne te kawasaki sa. Tylko posrane z deczka. Poprostu kosmos czasami, co one tam wyprawiaja. A myslalem, ze to ja jestem momentami popierdolony. Musze tez powiedziec ze zajefajne z nich laski. Odpierdolone wszystkie, zgrabne i kraza legendy......ze baaaaaardzo otwarte.

Ale to nie byl koniec wieczoru. Pierdolnelem sie juz w bety w akademcu. Nagle po korytarzu, uslyszalem chodzacy jezyk japonski. Do mojej sasiadki kawasaki przyszla reszta kawasaki, i sie kurwa strasznie staraly, zeby chociaz caly akademik to uslyszal. Zaszly do pokoju. Nie wiem ile ich tam bylo. One zawsze potrafia sie wszedzie zmiescic w kazdej ilosci. I chyba ostro imprezowaly, cala noc darly ryja.....wogole nie spalem prawie. Jak sie ocknelem o 7.00, poczulem blogo cisze, az tu nagle pisk...i znowu jakies: '' Aja...majasogu....kicikewa....!!!!!''. Koszmar.! W sumei to teraz zaluje, ze sie nie wkrecilem na ta impreze, bo przeciez sa baaaardzo otwarte.

A dzisiaj w polowie wykladu, przypomnialem sobie, ze chyba zelazka nie wylaczylem......pobieglem zaraz do domu i zobaczylem, ze jednak nie jestem az tak jebniety i wylaczylem te zelazko.

3 Comments:

At 10:57 AM, Blogger Rafita said...

yo
a tu niemal codziennie wali w kuchni jak sk.., jak gotuja timory czy czarni, uzywajac chyba z litra octu na jeden meal, plus gotuja jakies szczury, normalnie niebianskie zapachy

 
At 2:11 PM, Anonymous Anonymous said...

Ale to wkurwia, jak się coś napisze, wypieści, a tu, kurwa jego mac, się komp zawiesza

Powtórze zatem co nieco

a więc wczoraj miałam pierwszą mała domówkę gdańską, byhło bardzo fajo, Michał miał dziś straszliwego kaca, tak fajnie było :D

I w ogóle Czarek, to ja Cię musze do Częstochowy zabrać, tam przy dworcu jest takie zagłębie frytek, kilkanaście budek, jedna przy drugiej i 100 gramów za 85 groszy, kumasz? To dopiero raj dla kogoś, kto nie może sobie teraz ziemniaczków pojeść ;) byłam w Cz. z Michałem, bo musiał wstudio dograć wokal i trąbkę, więc pojechałam z nim, żeby nie było mu smutno :) takie małe, klimatyczne studio zrobione na piętrze domu; fajni ludzie tam som;

ale dosyć o tym; ja ma nowy semestr i nie wiem, co ze sobą zrobić

Czarek, jak tu, kurwa, zaliczyć te studia? Tak mi się do Wawy nie chce wracać

PEES Zapytaj Tych swpich Japoińczyków, czy meble też można zrobić, bo mam koszmarny deficyt w pokoju

 
At 4:18 AM, Blogger diabliq03 said...

hej. Rafal, a do czego ci kuchnia? Przypominam sobie, ze w zlewach to Ty glownie rzygasz przeciez :)

Kaska, znam to zaglebie, bylem w Czewie, to fakt, ale wtedy kosztowaly po 50 groszy. Fakt, ze polowa byla do odrzucenia, ale jak ktos mial kase tylko na bilet to dobre i to. Jak zaliczyc te studia....hmmm...dobre pytynie.

 

Post a Comment

<< Home